Alien Planet – wirtualna podróż na planetę Darwin 4

Alien Planet

USA 2005

Scenariusz: Steve Eder, Peter Crabbe

Reżyseria: Pierre le Lespinois

Jak wszyscy wiemy, Ziemia nie jest jedyną planetą we Wszechświecie. Mało kto jednak wie, że udowodniono istnienie aż 693 pozasłonecznych układów planetarnych! Na jednej jednej z planet, i to dość niedaleko od nas (zaledwie 6,5 roku świetlnego!) istnieją warunki, które prawdopodobnie pozwalają na powstanie życia opartego na związkach węgla – a więc takiego jak u nas. Siła ciążenia jest nieco słabsza, a atmosfera gęstsza, ale to niewielkie przeszkody. Po dokładniejszych badaniach udowodniono, że istnieje tam życie. Precyzyjne pomiary wykazały obecność tlenu w atmosferze, co świadczy o istnieniu roślin. A skoro są tam rośliny, to… Te doniesienie sprawiły, że kraje z całego świata zjednoczyły wysiłki, by posłać tam statek z sondami badawczymi.

Właśnie, niestety sondami. Podróż do innego układu gwiezdnego wymaga jednak pokonania jednej drobnej niedogodności. Kiedy piszę „drobnej”, mam na myśli „ogromnej”, a kiedy piszę „niedogodności”, mam na myśli czas i koszty potrzebne do zapewnienia ich przetrwania – nie mówiąc o odporności psychicznej koniecznej z racji wieloletniego odosobnienia. Dlatego na „Darwina 4”, jak nazwano planetę, wysłano pojazd automatyczny. Po misji trwającej 42 lata statek dotarł orbitę „Darwina 4”, skąd wypuścił na powierzchnię trzy sondy, które zaczęły eksplorację planety.

Tak mniej więcej wygląda wstęp do filmu zrealizowanego na zlecenie „Discovery Channel”, mającego pokazać widzom, jak w rzeczywistości mogłoby wyglądać odkrywanie nowego świata. Film powstał na bazie zupełnie chyba w Polsce nieznanej powieści „Ekspedycja” W.D. Barlowe’a z 1990 roku. Zmieniono jednak znacznie jej treść. Akcja „Ekspedycji” toczy się w XXIV wieku; misja jest koniecznością – ludzie uciekają z bardzo już zniszczonej Ziemi. W „Alien Planet” czas wydarzeń przeniesiono na XXI wiek. To, co w książce jest smutną koniecznością, tutaj jest misją całego świata. Międzygwiezdny lot nie ma charakteru misji ratowniczej, ale jest radosnym manifestem na cześć otwierających się przed ludzkością szans – zwłaszcza, że w perspektywie mamy możliwość spotkania innych równych nam intelektem istot. „Alien Planet” to wizja przyszłości bardzo niedalekiej, w której ludzkość mówi sobie, że już dość siedzenia w domu i trzeba wreszcie dowiedzieć się, co jest za drzwiami. Koszty może i są spore, ale nieuniknione – w końcu zyski z odkryć wielokrotnie przewyższą wydatki.

Jako że film powstał na zlecenie stacji telewizyjnej o charakterze popularnonaukowym, twórcy postawili na realizm. Nie ma cudownych urządzeń, których istnienia nie da się nawet teoretycznie opisać. Ukazana widzom technologia jest futurystyczna, ale realistyczna i – zdaniem wypowiadających się podczas filmu uczonych – możliwa do wytworzenia prawdopodobnie już w niedalekiej przyszłości. Mamy więc statek „Von Braun” zdolny do osiągnięcia prędkości równej 1/5 prędkości światła. Mamy sondy automatyczne, które wyposażone są w „sztuczną inteligencję” nie tylko umożliwiającą uczenie się, ale także nadającą cechy takie jak ciekawość, skłonność do podejmowania akceptowalnego ryzyka czy instynkt przetrwania.

O ile twórcy filmu trzymali się ściśle praw nauki po stronie technicznej, to w kwestii przyrody Darwina 4 mogli popuścić wodze fantazji. Przyznać trzeba, że osiągnęli wielki sukces pod względem fantastycznym i naukowym. Uczeni chcieli pokazać uniwersalność praw ewolucji – dowiadujemy się, że aerodynamiczny kształt ciała potrzebny jest każdemu latającemu stworzeniu, a drapieżnik musi mieć ostre narzędzia do polowania i zadawania śmierci ofiarom. Mimo to istoty zamieszkujące Darwina 4 są zupełnie inne niż ziemskie. W moich oczach najciekawiej wypadły drapieżne „ptaki” posiadające napęd odrzutowy(!).

„Alien Planet”, spośród innych filmów będących wariacjami o życiu, którego naprawdę nie ma, wyróżnia się jedną wielką zaletą: ukazaniem nie pojedynczych istot, ale całych, kompletnych ekosystemów. Widzimy nie tylko wielkie zwierzęta, ale też maleńkie istotki niewidoczne czasem gołym okiem. Niestety film powiela wadę pozostałych tego typu produkcji: jak się uważnie przyjrzeć, to okaże się, że ujęcia obcego świata – po odliczeniu wystąpień uczonych oraz powtórek – stanowią zaledwie 1/4 filmu. Z drugiej strony muszę stanąć w obronie filmu i powiedzieć, że wszystkie te sceny są zrealizowane z niezwykłą dbałością o szczegóły: animacja się nie rwie, wszystkie zwierzęta czy rośliny poruszają się płynnie. Nie zaniedbano też drugiego i dalszych planów – co jest częstą bolączką programów nie tylko popularnonaukowych, ale czasem nawet wysokobudżetowych produkcji.

„Alien Planet” to całkiem przyjemna odmiana po filmach fabularnych. Nie jest to tradycyjny film o charakterze popularnonaukowym, mimo że więcej tu „Science” niż „Fiction”. Warto go obejrzeć chociażby ze względu na to, że jest – w określonym znaczeniu tego słowa – realistyczny, a przy tym ukazuje bardzo prawdopodobny scenariusz poznawania obcego świata. Polecam gorąco, nie tylko miłośnikom fantastyki, ale też przyrody i szeroko pojętej nauki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Filmy i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *